Site icon Sukces jest kobietą!

Okiem Oskara: Planner i wojenna przeszłość dziadka

Fot. Katarzyna Widmańska

Oni zawsze byli parą. Nikt nie pamięta czasów, kiedy Ona i On nie znaczyło jedności. Jak była impreza, wiadomo, że będą razem. Ich „Oni” było takim pewnikiem, jak wyniki meczów naszej reprezentacji piłki nożnej

Ja, odkąd pamiętam, zmagałem się z moimi demonami, upadałem i powstawałem, a Oni od lat zakochani w sobie. Nigdy nie słyszałem, by się pokłócili, rozstawali, darli szaty. Ot, taka licealna para, zgodnie ćwierkająca. Wszystko zaplanowane, kiedy ślub, jakie studia, jaki kredyt i jaki parkiet w salonie. Nie palili i nie pili. Co najwyżej lampka dobrego wina sporadycznie. Razem głosowali na tę samą partię, razem ubierali choinkę na święta.

Więc pojawienie się dwójki dzieci, najpierw chłopca, później dziewczynki, wszyscy uznali za oczywistą oczywistość. To, że żyli ekologicznie, ekonomicznie choć może nie elastycznie, też. Niezauważalnie jednak, choć konsekwentnie ich drogi zaczęły się rozchodzić. Ona całą siebie zaczęła bydować na dwóch rolach społecznych: matki i żony, jakby zapominając że w magicznej trójce jest jeszcze jeden element: kochanka. On jakoś później wracał do domu, jakoś chętniej angażował się we wszystko, co mogło być bez niej. Nie to, że przestał ją kochać. Po prostu jakoś tak się zdarzało, że znów musiał zostać w pracy. Ona brnęła w fascynację wszelkiego typu planerami, książkami o logistyce porządków domowych i zdrowym żywieniu. Planowała posiłki, wydatki, weekendy. Wszystko było zdrowe i przemyślane.

–   Tak bym raz chciał, by wypiła ze mną piwo w kuchni z brudnymi naczyniami i niepołożonymi-o-określonej-porze dziećmi. Tak posiedzieć bez planu – w chwilach wylewności mówił On – czuję się elementem jej misternego planu. Jakby mogła, to zaplanowałaby mi, kiedy mam kupę robić.

Dusił się, szamotał. Zaczął chodzić na korpoimprezy. Ważne było, by to wcześniej zgłosił, a ona wpisywała to do planera. A dzień wcześniej – co też miała wpisane – prasowała koszulę i dobierała krawat na kolejną korpopopijawę. Jakby go w ogóle nie widziała. Ważna była regularność szczepień dzieci, opłaty za gaz i witaminy po śniadaniu. Spotkania z nimi stały się dla reszty towarzystwa nie do wytrzymania. On jej przygryzał. Ona wydawała się tego nie słyszeć. On adorował inne dziewczyny. Ona wydawała się tego nie widzieć.

W tę znamienną sobotę po raz pierwszy od dłuższego czasu wysłali dzieci na tydzień z dziadkami. Usiedli, ale tym razem ona zamówiła setkę wódki. Zaniemówiłem. Nigdy, nawet na jej własnym weselu, nie widziałem Jej pijącej wódkę. Wypiła. Zamówiła kolejną. Ładowała lufę za lufą. Tym razem On jakby tego nie zauważał, zajęty komplementowaniem koleżanki z lewej. Koleżanka chichrała zachwycona. W pewnym momencie ona oznajmiła:

– Wiecie, czuję, że straciłam panowanie nad moim życiem. Pewnie to wina mojego dzieciństwa. Zaplanowałam roczną terapię raz w tygodniu. Według badań, 52 spotkania terapeutyczne wystarczą, by pacjent poczuł poprawę komfortu życia.

– Cała ty – syknął. – Wszystko zaplanowane do bólu. Kompletnie bez emocji. Wiecie, że ona to nawet seks nam planowała – czuliśmy, że On zapędzą się w ryzykowne regiony.

–     Gdybym słuchała emocji, to – i tu skierowała swoje ekologicznie opiłowane paznokcie w kierunku komplementowanej sąsiadki męża – bym tę sukę zajebała. A tak, to tylko przepracuję w sobie emocję złości i niechęci, a następnie poszukam ich źródła w wojennej przeszłości mojego dziadka.

źródło: oskarbachon.pl

Exit mobile version