Site icon Sukces jest kobietą!

Joanna Mielczarek: Wciąż chce mi się naprawiać świat

„To fascynujące, że ze spotkania dwojga obcych sobie ludzi, których nierzadko dzielą całe pokolenia, rodzą się więzi, bliskie relacje, a nawet międzypokoleniowe przyjaźnie na wiele lat”. Z niewielkiego stowarzyszenia skupiającego kilku wolontariuszy i kilku podopiecznych wykreowała wiodącą organizację, skupiającą się na pomocy seniorom. Godność podopiecznych oraz zaufanie darczyńców są na szczycie rzeczy dla niej najważniejszych. Czynna wolontariuszka. Serce, dusza i umysł Stowarzyszenia mali bracia Ubogich. Poznajcie Joannę Mielczarek.

Od zawsze działała pani prospołecznie?

Joanna Mielczarek, Dyrektor Stowarzyszenia mali bracia Ubogich: Zawsze interesowało mnie, co się dzieje wokół. Jako kilkunastolatka byłam zafascynowana akcją „Niewidzialna ręka” i nie wyobrażałam sobie bym i ja miała tego u siebie na osiedlu nie robić. Pomagało się po prostu, bo widziało się taką potrzebę.

W moim rodzinnym mieście działał klub-świetlica osiedlowa. Miejsce skupiało większość dzieciaków z okolicznych bloków i jakoś tak samozwańczo zaczęłyśmy tam z moją przyjaciółką, Beatą organizować im czas. Był więc podwórkowy kabaret, do którego robiłyśmy scenariusze i reżyserię, była grupa teatralna, z której popisowym „Czerwonym kapturkiem” okrążałyśmy przedszkola w okolicy, a w wakacje organizowałyśmy konkursy, zawody z nagrodami. Organizowałam tu nagrody własnym sumptem. Chyba już wtedy miałam żyłkę fundraisera.

A dlaczego pomoc właśnie osobom starszym a nie samotnym matkom czy dzieciom z domu dziecka?

W moim przypadku, w dużej mierze zdecydowało wychowanie. Byłam dzieckiem długo wychowującym się wśród niemal samych dorosłych i miałam nie dwie, a trzy babcie! W tym jedną – jak ją nazywałam – „babcię wyszywaną”. To była starsza pani, u której przez jakiś czas mieszkaliśmy wspólnie z rodzicami. Chyba nikt nie miał do mnie takiej cierpliwości, jak ona właśnie. Potrafiła wgramolić się ze mną pod stół, a tam dopiero odchodziły zabawy!

Zawsze miałam mnóstwo najcieplejszych uczuć do starszych ludzi. Jest w nich coś takiego, co mi przynosi wewnętrzny spokój. Wiem, że to zabrzmi dość górnolotnie, ale ja się czuję za nich trochę odpowiedzialna. I to chyba działa jak magnes, bo jeśli z kolei w tłumie jakaś starsza osoba ma kogoś zaczepić, to gwarantuję, że będę to ja. Moja mama mówi, że mam na czole napisane, że ja ich po prostu lubię. Może. A może czują, że dla mnie nie są niewidzialni?

Z punktu widzenia osoby tzw. III sektora wiem, że potrzebujących jest wiele. Nie tylko matki czy dzieciaki, ale też zwierzęta, nasza planeta. Wszystko jest dla mnie ważne. Jestem wrażliwa na wszelkie sytuacje związane z poszanowaniem praw człowieka, bo uważam, że wszystko, całe nasze człowieczeństwo, zasadza się na niezbywalnym prawie do poszanowania godności ludzkiej. Ale i tu znów na myśl przychodzą mi seniorzy i uparcie wciska się na usta stwierdzenie, że ani wiek ani pogarszający się stan zdrowia nie ma nam prawa tej godności zabierać.

Czy uważa pani, że my-Polacy jako naród umiemy i chcemy pomagać? A może jednak nie?

Jako Polacy przede wszystkim pomagamy najbliższym – rodzinie, w dalszej kolejności przyjaciołom. Obce osoby znajdują się w tej hierarchii na końcu. Tu pozwolę sobie na zwrócenie uwagi, że nasi podopieczni – osamotnione starsze osoby – stoją właśnie na końcu tej kolejki. Raporty o dobroczynności wśród Polaków pokazują jednak, że niemal połowa z nas przyznaje, że pomaga. Robi to przede wszystkim, dlatego że daje nam to satysfakcję – mały gest zyskuje duże znaczenie.

Jak zwiększać to zaangażowanie w pomaganie? Myślę, że wiele do zrobienia mają tutaj same organizacje. Powinniśmy budować dialog z naszymi darczyńcami – nie tylko prosić, ale pokazywać efekty ich wsparcia. I powinniśmy być uczciwi. W ten sposób zbudujemy zaufanie do organizacji. Bez niego ani rusz. Proszę się zastanowić czy wyciągnie pani ze swojego portfela parę złotych i da komuś, komu nie ufa, że dobrze je spożytkuje? Przecież są one efektem pani ciężkiej pracy, więc ma pani prawo oczekiwać, że zostaną wydane we właściwym celu. Nie oburzamy się zatem na czasami bardzo szczegółowe zapytania naszych darczyńców. Przeciwnie. Szanuję to, bo dla mnie to znak, że ktoś się zaangażował – zrobił więcej niż „lubię to”.

Jakby pani określiła styl „dobrej pomocy”, czyli jak społeczeństwo zachęcić do wolontariatu na rzecz Stowarzyszenia?

W przywołanym przeze mnie Raporcie o dobroczynności odpowiedzialność za pomaganie słabszym cedujemy przede wszystkim na państwo i jego instytucje. Wierzymy więc bardziej w pomoc instytucjonalną niż tę udzielaną przez zwykłych ludzi. Tyle samo z nas, jest też zdania, że organizacje pozarządowe mają kompetencje by działania zwykłych ludzi przekuć w dobrą pomoc. Przypominam, że te organizacje pozarządowe to z reguły właśnie „zbiór dobrych ludzi”. Jest więc w nas potencjał.

Wciąż jeszcze jedna czwarta z nas nie angażuje się w działania charytatywne. A przecież to nie tak, że udzielanie pomocy jest zarezerwowane dla pewnej grupy wybrańców, bo pomagać może każdy.

Dla mnie pomaganie to też drobne codzienne gesty wobec tych, których spotykamy. My w mbU szczególnie to widzimy w trakcie naszych świątecznych akcji, kiedy piszą do nas ludzie z całej Polski z propozycją zaproszenia na święta naszej podopiecznej czy podopiecznego, który jest bohaterem danej kampanii. To miłe. Ale z drugiej strony uświadamiamy wtedy ludziom, że nie potrzebują naszego oficjalnego pośrednictwa by Świnoujściu czy Karpaczu (przyp. red: nie ma tam mbU) zapukać do starszej sąsiadki i przynieść jej drobny upominek czy świąteczny posiłek. Może jestem naiwna, ale wciąż wierzę, że takie małe gesty są katalizatorem filantropii.

Jaka pomoc, oprócz finansowej, jest ważna dla Stowarzyszenia?

Jedna trzecia z nas, znów odwołując się do „Raportu o dobroczynności” jest przekonanych, że pomagać mogą ci, których na to stać. Ale w dzisiejszych czasach równie cenny stał się czas. Stowarzyszenie mali bracia Ubogich to organizacja, która opiera się na pracy wolontariuszy, którzy w naszym przypadku dają właśnie ten czas. I uwagę.

Dla organizacji cenne jest też wsparcie kompetencyjne, czyli wolontariacka pomoc ekspertów z różnych dziedzin. Możliwość konsultacji z nimi naszych pomysłów, inspirujące spotkania, wsparcie merytoryczne są nie do przecenienia.

Jakie momenty są najtrudniejsze i najpiękniejsze w pani pracy?

Najtrudniejsze są dla mnie chwile, w których czuję się bezsilna. Przykład? Jedna z naszych podopiecznych z uwagi na pogarszający się stan zdrowia „ląduje” w placówce opieki całodobowej. Stąd karetką zostaje przewieziona do szpitala. Jej telefon nie odpowiada od dwóch dni. Przez ten czas mój zespół próbuje ustalić gdzie pani ostatecznie przebywa (proszę pamiętać, że moja organizacja pomaga ludziom osamotnionym). Mamy jej dane, w tym jej PESEL, ale nikt nie jest zainteresowany tym by nam pomóc. „Nie ma tego w standardach” – mówią mi. Pytam siebie w takich momentach: „Jak tak można?”, „Czy gdyby sytuacja dotyczyła waszej babci podeszlibyście do tego równie bezdusznie?”. W takich chwilach złość miesza się ze smutkiem. Na szczęście ja dość szybko zaczynam traktować trudne sytuacje jak wyzwania, w których wspomniane złe emocje przekuwam w konstruktywne działanie.

Jak pozyskujecie wolontariuszy do waszych projektów? Jaki powinien być „idealny” wolontariusz?

A czy są ludzie idealni? Myślę, że nie, stąd nie szukałabym wolontariusza idealnego. Dla mnie osoba, która przychodzi do mbU z myślą, że chciałaby oddać trochę swojego czasu, uwagi, zainteresowania temu, co robimy jest już wyjątkowa. Ważne by miała świadomość, że podejmuje się pewnego wyzwania i by robiła to odpowiedzialnie.

Dziś wolontariusze zgłaszają się już do nas sami, nie robimy np. jakiś wielkich akcji rekrutacyjnych. Zgłaszają się do nas ludzie w różnym wieku, zdarzają się rodziny (np. żyjące z dala od rodziców-dziadków). Różnorodność tych wolontariuszy jest dla nas bardzo cenna, bowiem nasi podopieczni i ich możliwości i oczekiwania są tak samo różne. To nam daje większe szanse na właściwe ich dopasowanie.

Skąd pani bierze siłę do pomagania w gorszych chwilach – o ile takie są?

Pewnie, że – jak chyba każdemu – zdarzają mi się trudniejsze momenty. Tzw. pomagacze mają to wpisane w swój zawód. Ale ta praca po prostu ma sens!

Mnie napędzają przede wszystkim ludzie. Mój zespół tworzy taką atmosferę, że wciąż chce mi się tutaj przychodzić i wspólnie naprawiać świat. Mnóstwo energii dają mi sami wolontariusze – to szalenie motywujące kiedy widzisz ich zaangażowanie i myślisz sobie: „Mimo mnóstwa swoich zajęć ma ochotę popracować dla mojej organizacji. Szacunek.”

Czy wolontariusz odbywa jakieś przeszkolenie, by pomagać?

Każda osoba, która się do nas zgłasza to początkowo „kandydat na wolontariusza”. Musi przejść obowiązkową rozmowę orientująco – diagnozującą z naszą koordynatorką, a następnie szkolenie, podczas którego dowiaduje się więcej o organizacji, ale też uczy się reagowania na potencjalne trudne sytuacje. To też czas dla wolontariusza by przyjrzał się sobie i odpowiedzialnie odpowiedział sobie na pytanie czy może być wolontariuszem.

W dalszej kolejności proponujemy wolontariuszom szkolenia o różnej tematyce: jest o motywacji, umiejętnościach komunikacyjnych, o starzeniu się, o zasadach pierwszej pomocy. Każdy znajdzie coś dla siebie. Słuchamy też wolontariuszy i staramy się szkoleniowo odpowiadać na zgłaszane przez nich potrzeby.

Jak wygląda spotkanie wolontariusza z podopiecznym? Czy Stowarzyszenie nadaje jakiś „ramowy” program czy to jest już ich inicjatywa?

Z reguły, na pierwsze spotkanie wspólnie z wolontariuszem wybiera się koordynator, bo zna zarówno seniora jak i wolontariusza. Jest takim „łącznikiem”. Ale nim do tego dojdzie, koordynator musi ustalić jakie są możliwości i oczekiwania każdej ze stron względem tego wolontariatu. Na wspomnianym spotkaniu szkoleniowym wolontariusz otrzymuje m.in. „Zasady odwiedzin”, które nadają tym odwiedzinom pewne ramy, potrzebne choćby na początku. Wiele inicjatywy pozostawiamy jednak po stronie wolontariusza i seniora. Staramy się też przychodzić w sukurs zgłaszanym przez nich potrzebom, np. finansujemy wspólne wyjścia do teatru, kina czy filharmonii. Zdarza się, że dzięki obecności wolontariusza w życiu senior, podopieczny wybierze się po raz pierwszy od ćwierćwiecza do kawiarni, bo – jak usłyszy nasz wolontariusz: „Od śmierci żony/męża tam nie był, a samemu przecież nie wypada”.

Co daje wolontariat wolontariuszowi?

Najlepiej pytać o to, samych wolontariuszy. Na szczęście ja też jestem wolontariuszką (śmiech). Od 12 lat odwiedzam panią Marię. Nasza relacja to już chyba raczej taka międzypokoleniowa przyjaźń. Co mi to daje? Szansę na inne spojrzenie, na poznawanie innego świata. W tym wolontariacie potwierdza się to, że czasami wystarcza czyjaś obecność,  że to może ludziom dawać ulgę, przynosić szczęście.

Sama zadaję też czasem takie pytanie na spotkaniach z naszymi wolontariuszami. Co wtedy najczęściej słyszę? Że to szansa na odskocznię od codzienności, na poznanie innych ludzi, na zdobycie nowych kompetencji.

Ale chyba wciąż największą radość mają z tego, że odmieniają życie swojego podopiecznego. To fascynujące, że ze spotkania dwojga obcych sobie ludzi, których nierzadko dzielą całe pokolenia, rodzą się więzi, bliskie relacje, a nawet międzypokoleniowe przyjaźnie na wiele lat.

Czy wolontariat czasami nie zaczyna przybierać formy „drugiej rodziny” w przypadku gdy młody wolontariusz nie ma już dziadków i w tym momencie korzysta z wiedzy, rady czy doświadczenia starszej osoby? I młodszy, i starszy mogą się od siebie wówczas wiele dobrego nauczyć.

Owszem. Zdarzają się wolontariusze, których motywacją do podjęcia wolontariatu w naszym stowarzyszeniu jest potrzeba wypełnienia brakujących relacji z dziadkiem czy babcią, ale tak naprawdę większość takich wolontariuszy to ludzie ok. 30-tki lub 40-tki. Wtedy mocniej uświadamiają sobie brak, a zarazem potrzebę tej relacji. Kiedy ją budują z naszymi podopiecznymi jest ona z reguły głębsza i trwalsza. Być może dlatego, że ich psychika jest dojrzalsza, że potrafią brać na siebie odpowiedzialność i radzić sobie z tym. Czerpią z tej relacji to, czego potrzebują: jedni mają potrzebę oddania czegoś od siebie, bo sami dużo od dziadków dostali, inni podtrzymania brakującego „babcinego ciepła”. Ja zawsze powtarzam, że wolontariat to jest najlepiej pojmowany egoizm: robiąc coś dla innych, robisz dobrze dla siebie. Ważne, żeby obie strony na tym korzystały.

Jakie aktywności lubią państwa podopieczni?

Wiele zależy od kondycji seniora, ale większość z nich uwielbia wycieczki i wspólne spacery. Staramy się je tak planować, by szansę na udział w nich miał każdy – zabieramy ze sobą wózki inwalidzkie i przekonujemy „Jak się pani zmęczy o kulach, to pod ręką mamy wózek, a wolontariusz ma ręce i nogi do pomocy”. Podczas mojej ostatniej wizyty we Wrocławiu, znalazłam grupkę trzech wrocławskich krasnali: jeden na wózku, drugi o lasce, a trzeci próbujący coś usłyszeć. „Ot, my!”- pomyślałam. Przecież to normalne, że z wiekiem jakiś zmysł może zawodzić, ale nie wolno z tego powodu stawać się więźniem swojego domu i jeśli możemy pomagać tym ludziom, by byli pełnymi uczestnikami życia robimy to.

Większość z naszych podopiecznych uwielbia rozmowy. W czasach Internetu najbardziej cenią sobie kontakty bezpośrednie. Rozmowa z człowiekiem może być refleksją – tym, czego coraz bardziej zaczyna nam brakować we współcześnie biegnącym świecie. W analogu też jest życie.

Myślę, że seniorzy lubią też te aktywności, w których czują się dostrzegani ważni i potrzebni. Jedna z naszych wolontariuszek napisała kiedyś o tym:

„Zobacz! Jestem…

Zatrzymaj się na chwilę.

Spójrz nam w oczy.

Czasem patrzymy na Ciebie nieśmiało, ale widzimy w Tobie siebie

sprzed lat.

Czy Ty nas widzisz?”

W jaki sposób Stowarzyszenie zachęca podopiecznych do próbowania nowych aktywności?

Powiem szczerze, że to bywa czasem niełatwe. Proszę pamiętać, że my pracujemy z osobami, które np. od lat żyją w pewnej izolacji, dla których jedynymi osobami, które widzą jest listonosz (raz w miesiącu), ksiądz (podobnie) i ewentualnie opiekunka, która z reguły jest zajęta i zawsze jej się spieszy. Trudno więc tym ludziom „fundować rewolucję”. Staramy się więc działać małymi krokami. Niedawno w Lublinie mieliśmy piękną wystawę zdjęć naszych podopiecznych. Nazwaliśmy ją „JESTEM…” Wyszło pięknie, ale zachęcenie tych starszych ludzi do udziału w projekcie, to była olbrzymia praca nad przekonaniem ich o tym, że ich twarze (zdjęcia) i wspomnienia (nagrania) są namacalnym świadectwem wyjątkowości każdego z nich.

Co uznaje pani za swój sukces?

W dziedzinie zawodowej to, że Stowarzyszenie się tak fantastycznie rozwija. W 2004 roku zaczynałam w Warszawie od kilku podopiecznych, kilku wolontariuszy, a kiedy opowiadałam czym się zajmujemy wielu ludzi patrzyło na mnie z niedowierzaniem. Byli i tacy, którzy posądzali mnie o „sekciarstwo”. Trudno im było zrozumieć, że chcemy pomagać starym osamotnionym ludziom. „Bezinteresownie? To niemożliwe. To na pewno jakiś szwindel”. Ale udało się! Zbudowałam zaufanie do małych braci Ubogich. Dziś to setki wolontariuszy, podopiecznych i tysiące sojuszników naszych działań oraz  darczyńcy bez których pomoc byłaby niemożliwa. Dziś, to też zespół ludzi pracujących w mbU, nieprawdopodobnie zaangażowanych w to, co robią, a pamiętać trzeba, że to jest praca na relacjach, więc bywa równie piękna, co i trudna. Za co przy tej okazji pozwolę sobie im podziękować.

Rozmawiała: Dagmara Wójcik – Jędrzejewska

Redakcja: Anna Chodacka – Penier, Aneta Zadroga

Exit mobile version