Site icon Sukces jest kobietą!

Barbara Rajkowska: Daję z siebie więcej

Pracę na stanowisku Dyrektora Krajowego Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce dzielnie łączy z zarządzaniem dużymi projektami i pracą inżyniera. Wierzy, że człowiek funkcjonuje dobrze, jeśli potrafi zachować wewnętrzną równowagę, dlatego nie zapomina o spełnianiu swoich marzeń, takich jak nurkowanie i nauka gry na saksofonie. Na 40. urodziny wybrała się do Buenos Aires i odtańczyła tango. Tylko wybitna kobieta, z niezwykłymi zdolnościami w zarządzaniu, potrafiła dostrzec w tym szaleństwie profit w postaci pozytywnie naładowanych baterii, które dały jej siłę do działania na wiele miesięcy.

 Jak rozpoczęła się pani przygoda ze Stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce?

Barbara Rajkowska, Dyrektor Krajowy Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce:  Zawsze byłam osobą, która lubiła się dzielić i pomagać. Nie myślałam natomiast o pracy w organizacji pożytku publicznego. To, że znalazłam się w Stowarzyszeniu to był czysty przypadek. Z zawodu jestem inżynierem i w związku z obowiązkami przeniosłam się do Karlina. Wcześniej nie znałam idei Stowarzyszenia, nie wiedziałam, że taka organizacja w Polsce działa. Odwiedzałam Dom Dziecka w Ustce, będąc jeszcze w liceum w Słupsku, pomagałam koleżance z rodziny zastępczej. To cały czas się działo obok mnie i to była ta droga, która mnie pociągała, ale zawsze znajdowała się obok. Miałam takie poczucie, że jeśli ja mogę coś komuś dać to, to dam.

W momencie, gdy pojawiłam się w Karlinie budowała się czwarta Wioska i pojawiła się myśl, że to jest fajne, i że mogę wstąpić do Stowarzyszenia. Ówczesny Burmistrz Karlina zachęcał do zaangażowania, aby coraz więcej osób wiedziało o tej organizacji. Wtedy pojawiła się myśl, że być może warto skrystalizować to moje pomaganie, nie rozbijać się na ileś inicjatyw. Podsumowując, w 2004 roku pojawiłam się w Karlinie i od tego czasu jestem związana ze Stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce.

Jak przez te lata wyglądała pani współpraca ze Stowarzyszeniem?

Wstąpiłam do Stowarzyszenia, zostałam jego Członkiem. W życie organizacji zaangażowałam również moje dziecko. W 2009 r. dostałam propozycję, by zostać Członkiem Zarządu Stowarzyszenia i to był moment, kiedy stwierdziłam, że mogę dać jeszcze więcej niż do tej pory, czyli moje umiejętności, to co robię na co dzień i co umiem najlepiej, zarządzanie, bo zarządzam dużymi projektami. Potraktowałam rozwój Stowarzyszenia trochę jak inwestycję w zarządzanie. Z jednej strony była ta pomoc dzieciom, z drugiej strony popatrzyłam na to z perspektywy swoich umiejętności, tego co ja mogę tej organizacji dać co mam najlepszego. Dałam swój czas i zaangażowanie, przez wraz z innymi członkami Zarządu pełniąc funkcje pro publico bono. Chciałam, żeby coraz więcej osób wiedziało o tym, co robią i jak działają SOS Wioski Dziecięce, a tym samym przełożyć to na pomoc większej liczbie dzieci.

Jakie wyzwania i obowiązki każdego dnia stoją przed panią jako przed Dyrektorem Krajowym Stowarzyszenia?

Czasami niektórym się wydaje, że to jest taka spokojna praca i ciche miejsce. To natomiast duże Stowarzyszenie, które ma mnóstwo dzieci pod opieką, dzieci po bardzo trudnych przejściach a to się z kolei przekłada na liczbę pracowników, którzy mają sprawić by te dzieci mogły być po prostu dziećmi, przekłada się to oczywiście także na budżet, na finansowanie, na ilość partnerów i wiąże się tak naprawdę z ciągłym strategicznym myśleniem. Tego dotyczy codzienna praca, zaczyna się od rozmów z pracownikami, na temat tego, czy zajęcia dla dzieci są odpowiednio dobrane, czy wsparcie dla rodziców SOS jest wystarczające, poprzez rozmowy z dyrektorami poszczególnych programów, po takie czysto strategiczne myślenie np. czy zepnie nam się budżet, czy te pieniądze, które mamy wystarczą na działania, które chcemy przełożyć na dzieci, czy uda nam się pozyskać kolejnego partnera, który będzie wspierał nas finansowo, czy uda nam się zawrzeć kontrakty z partnerami publicznymi, czyli zlecone zadanie publiczne, po odpowiedź na pytanie gdzie będziemy za kilka lat.

Na jakim terenie i od kiedy działają SOS Wioski Dziecięce?

Jesteśmy w Polsce ponad 30 lat, od 1984 roku. Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce działa na świecie od 1949 roku. W Polsce zaczęło się od wybudowania pierwszej SOS Wioski Dziecięcej w Biłgoraju i jest to osiedle domków jednorodzinnych, czyli tym naszym pierwszym miejscem wsparcia jest Biłgoraj i okolice. Później mieliśmy Kraśnik, Siedlce i okolice, a najmłodsza Wioska znajduje się we wspomnianym Karlinie. W Biłgoraju mamy Wioskę, ale mamy też Programy Umacniania Rodziny. Do tego dochodzi jeszcze Dom Młodzieży SOS w Lublinie, Wspólnoty Młodzieżowe w Kraśniku, Siedlcach i w Koszalinie, a także tzw. Rodzinne Domy Czasowego Pobytu – dwa Puchatki w Biłgoraju i Sindbad w Ustroniu. Ponadto, również wspomniane Programy Umacniania Rodziny, które są w okolicy Gminy Biłgoraj, okolicy Siedlec, Karlina, Biesiekierza i w Koszalinie.

Jakiego rodzaju pomoc świadczą SOS Wioski Dziecięce?

Pierwszy rodzaj, od którego wszystko się zaczęło, to pomoc dzieciom pozbawionym opieki rodziców biologicznych, których rodzice z różnych powodów nie mogą wychowywać. Najczęstszym powodem jest choroba alkoholowa, przemoc, niewydolność wychowawcza.  Kiedy sąd odbiera lub ogranicza rodzicom prawa rodzicielskie kierowane są (przy odebraniu) do adopcji, do rodziny zastępczej, do domu dziecka, albo właśnie do nas, do SOS Wioski Dziecięcej. Czyli SOS Wioski Dziecięce dają dom porzuconym i osieroconym dzieciom.. Kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, trafiały do nas sieroty naturalne. Dzisiaj, w większości przypadków, to są dzieci, które rodziców biologicznych mają. Są to tzw. sieroty społeczne, czyli te maluchy,  których rodzice są pozbawieni albo mają ograniczone prawa rodzicielskie.

Kolejny obszar wsparcia to profilaktyka, czyli Programy Umacniania Rodziny. To praca z rodzinami w kryzysie, czyli z rodzinami, które nie do końca odpowiednio wypełniają zadania rodzicielskie. Chcemy, żeby taka rodzina pozostała razem, żeby dzieci z takiej rodziny nie trafiły do opieki  zastępczej. W Programach Umacniania Rodziny, pracujemy z rodzicami i z dziećmi. Prowadzimy świetlice wiejskie. Dzieci tam przychodzą zjeść, odrobić lekcje, przychodzą też na zajęcia wyrównawcze, na dodatkowe, specjalistyczne kursy czy szkolenia. Natomiast z rodzicami pracują nasi pracownicy socjalni, a poza tym pedagog i psycholog. Uczymy ich wszystkiego – od podstaw, zaczynamy od podstawowych funkcji rodzicielskich, czasami poprzez sprzątanie, gotowanie, aż po pomoc w znalezieniu pracy. Robimy wszystko, żeby rodzina była razem.

Prowadzą też państwo Dom Młodzieży SOS  i Młodzieżowe Wspólnoty Mieszkaniowe SOS.

Ta działalność jest nieco podobna do internatu i dotyczy naszych podopiecznych, którzy są już trochę starsi. Najczęściej kończąc edukację podstawową i idąc później do szkoły średniej lub na studia, chcą przeprowadzić się do większego  miasta. Wszystko zaczyna się od oceny całego programu usamodzielnienia, planu rozwoju dziecka i jeżeli z tego planu rozwoju wynika, że ta osoba lepiej i szybciej nauczy się samodzielności, będzie się lepiej rozwijać poprzez to, że zamiast pozostać w Wiosce SOS przejdzie do Wspólnoty czy do Domu Młodzieży, to tak się dzieje. Oczywiście tam na miejscu jest wychowawca, przewodnik,  ale tam młodzież musi być bardziej samodzielna. Tam młodzi ludzie  już sami gotują, piorą czy robią zakupy. Oczywiście uczymy ich tego także w rodzinach SOS ale tu mogą się sprawdzić. Mają okazję ku temu, aby nauczyć się samodzielności, ale i mają też większą szansę na to, aby znaleźć pracę w wakacje, zdobyć dodatkowy staż. Jaki jest cel tej pracy? Chodzi o to, żeby ci młodzi ludzie stanęli stabilnie na swoich nogach i powiedzieli: „Wiem, jak żyć”. Chodzi nam o to, aby mogli znaleźć pracę, mogli ją utrzymać, skończyli szkołę. Sukcesem jest, jeśli taki podopieczny kończy szkołę i ma zawód. Nieważne, na jakim poziomie tę szkołę skończy. Jeżeli w miarę jego możliwości jest to uzyskanie zawodu piekarza czy fryzjerki, ale znajduje tę pracę i utrzymuje ją, to jest naprawdę świetnie. To znaczy, że osiągnęliśmy wspólnie ogromny sukces.

To ważne, ponieważ wiele dzieci po prostu nie miało odpowiednich wzorców i nie wie, jak wejść w dorosłe życie.

Musimy pamiętać, że te dzieci często trafiają do nas niestety z rodzin dysfunkcyjnych, z bardzo trudnych środowisk. To dzieci niosące na swoich barkach ciężar, którego nie udźwignąłby niejeden dorosły. To dzieci często po  doświadczeniach przemocy) i z różnymi zaburzeniami. Często mówię, że my dorośli nie zdajemy sobie sprawy, jak trudne potrafi być dzieciństwo dzieci, które trafiają do pieczy zastępczych i jak wiele dzieci faktycznie ma trudne dzieciństwo. Trafiają do nas np. dzieci, które mają pięć lat i nie potrafią mówić, a dziecko, które powinno być w trzeciej klasie nie potrafi napisać żadnej litery, bo nikt na to nie zwracał uwagi, bo nikt nie prowadził normalnej rozmowy. Nie mówię już o tym, jak ważne dla rozwoju psychicznego jest poczucie stabilizacji, ciepło, przytulenie. Te dzieci tego kompletnie nie miały.

Jak wyglądają relacje dzieci z wychowawcami w Domach SOS?

W każdym domu jest wychowawca, tak ta osoba nazwana jest w ustawie o pieczy, ale u nas  ta osoba nazywana jest mamą SOS lub rodzicami SOS, bo są to zarówno samodzielne kobiety, jak i małżeństwa. Czasami też są to tzw. ciocie – tak mówią dzieci. Kilkanaście lat temu, najczęściej dzieci mówiły do rodziców SOS „Mamo”, ale to wynikało z tego, że nie było tak intensywnej pracy z rodziną biologiczną. Dzisiaj bardzo ważną rzeczą jest praca nad tym, by dziecko, które trafiło do nas, do pieczy zastępczej,  mogło utrzymywać  kontakt z rodziną biologiczną i ile jest to dla niego bezpieczne i dobre. Chodzi nie tylko o sam kontakt ale i o pracę z tą rodziną. Pamiętajmy, że piecza zastępcza jest jak sama nazwa wskazuje „w zastępstwie”, na czas gdy rodzina biologiczna nie napraw się na tyle by dzieci mogły do niej wrócić. To się zdarza, rzadko bo rzadko, ale się zdarza. Jest to oczywiście trudne, to są ogromne wyzwania, ale musimy pamiętać, że dzieci kochają swoich rodziców bez względu na wszystko, tęsknią i chcą być z nimi, do czasu gdy przekonują się, że to się nie uda bo rodzice wybrali inną drogę. Ponadto dziecko nie jest w stanie zbudować swojej przyszłości bez znajomości przeszłości. My dajemy im korzenie i skrzydła by mogły tak wyposażone iść w dorosłość. Dlatego właśnie dzieci częściej mówią do rodziców SOS „ciociu”, a nie „mamo”, bo mają większy kontakt z rodziną biologiczną.

W jaki sposób każdy z nas może się włączyć w pomoc Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce?

Możliwości jest wiele. Oczywiście najprostszą formą jest wsparcie finansowe. Przy takiej liczbie dzieci i przy takich potrzebach ważna jest gwarancja finansowa, czyli stały comiesięczny wpływ, taki jak od darczyńców, przed którymi chylę czoło. To jest 10, 20, 30, 40 złotych, które co miesiąc przelewają i to jest taka pomoc, w którą każda osoba może się zaangażować. Dodatkowo jest też możliwość wsparcia jednorazowego – na przygotowanie świąt, na wyjazdy wakacyjne czy na akcję „Powrót do szkoły”. Jeżeli chodzi o firmy, to mamy wsparcie długofalowe, np. na organizację zajęć wyrównawczych, stypendia dla studentów czy też wyjazdy związane ze stażami pracy. Pojawia się też pomoc od firm czy od osób indywidualnych w pozyskiwaniu mieszkań. Pojawiają się spadki, które również wpływają na stabilność finansową organizacji.

Drugi obszar to np. pomoc woluntarystyczna, pomoc polegająca na prowadzeniu różnego rodzaju korepetycji. Oczywiście, to wiąże się z tym, że dana osoba znajduje się blisko naszej lokalizacji, bo nie ma możliwości, aby na korepetycje dzieci były przewożone, więc jeżeli są osoby, które mogą się pojawiać w jednej z naszych lokalizacji i udzielać takich korepetycji to zachęcamy. Jest też pomoc przy przygotowywaniu różnego rodzaju wydarzeń, czyli np. podczas „Biegu po Uśmiech” w Kraśniku.

Są też dary w naturze, ale w związku z tym, że jest to duża organizacja, muszą to być dary, które możemy faktycznie wykorzystać. Mamy takie firmy, które np. przekazywały nam sprzęt gospodarstwa domowego. Weźmy pod uwagę, że są cztery Wioski, po kilkanaście domków każda, a w każdym domku 5-7 dzieci. Te sprzęty po prostu się zużywają. Są też osoby, które pomagają pozyskiwać darczyńców. Można też zaproponować, że na ślub, na urodziny czy na inną okazję, zamiast kupować kwiaty można wesprzeć organizację. Są różne sposoby, aby pomóc. A my mamy z kolei bardzo ambitne plany.  W Polsce aż 74 tysiące dzieci są pozbawione opieki rodzicielskiej, jedna piąta z nich nadal żyje w instytucjonalnych formach opieki, a my walczymy o to by żyły w rodzinach. Dlatego z nadzieją czekamy na ludzi, którzy przy wsparciu naszej organizacji będą chcieli tworzyć dla nich rodziny SOS. Wiemy też jak duże są potrzeby w zakresie Umacniania Rodzin, uważamy, że w co drugiej gminie w Polsce przydałby się taki program. Naszym marzeniem jest bowiem to by dzieci nie trafiały do opieki zastępczej, a wychowywały się w zdrowych biologicznych rodzinach. Póki co wyzwania jakie stawia przed nami rzeczywistość są ogromne.

Co, jeśli ktoś chciałby zostać rodzicem SOS?

W tym wypadku jest dokładna procedura rekrutacyjna. Tak naprawdę zgłosić się może prawie każdy. Musi spełnić wymagania ustawowe, czyli mieć odpowiednie przeszkolenia, mieć przygotowanie, złożyć u nas aplikację, przejść testy psychologiczne. Chyba najważniejsze jest jednak to, że poza spełnieniem tych warunków, ta osoba lub te osoby – mówimy tu o osobie samodzielnej albo o małżeństwie – wiedziały, że nie przychodzimy tu na chwilę, że nie możemy po czasie powiedzieć „to nie jest ta praca”, bo zostawimy dzieci, które były już kiedyś porzucone. Ważne jest to, aby ten kandydat miał świadomość, że wprowadza się do jednej z wiosek i wiąże się z dziećmi. Jeśli zatem pojawią się w tej rodzinie dzieci, które mają kilka lat, to musimy mieć w sobie poczucie odpowiedzialności, że te kilkanaście lat z tymi dziećmi powinniśmy być, żeby czuły się bezpiecznie i żeby stworzyć im dom. Zatem zgłosić się może każdy, pod warunkiem, że chce przewartościować swoje życie i decyduje się na to, że odda się tym dzieciom.

Praca na rzecz Stowarzyszenia zajmuje pani mnóstwo czasu. Co lubi pani robić, gdy już uda się wygospodarować wolną chwilę?

Jestem bardzo aktywną osobą, lubię robić różne rzeczy równolegle. Zostałam Dyrektorem Krajowym w 2016 roku i nadal pracuję jako inżynier. Uważam, że wtedy się uzupełniam i że jestem w stanie więcej zrobić. To mnie bardzo pozytywnie nakręca, więc lubię łączyć zarządzanie projektami z zarządzaniem Stowarzyszeniem, bo wtedy mam podwójną mobilizację, aby dać z siebie jeszcze więcej. To zajmuje oczywiście bardzo dużo czasu, ale faktycznie mam trochę wolnego i staram się ten wolny czas zagospodarować. Oczywiście staram się przede wszystkim zachować równowagę w relacjach z moim synem, który w tej chwili kończy 16 lat i przyjęłam, że jeżeli on zaczyna coś do mnie mówić to cokolwiek bym robiła, odkładam to. Dlatego, że najważniejsze w relacjach jest to, żebyśmy mieli dla siebie czas. Tak troszeczkę, tego wolnego czasu wyłącznie dla siebie, również mam. Jest go oczywiście trochę za mało, ale to jest kwestia mojego wyboru. A co lubię robić? Kocham nurkować. Nie powiem, że należę do tych nurków, którzy każdą wolną chwilę i za wszelką cenę poświęcają się nurkowaniu, ale staram się, żeby od czasu do czasu w fajne miejsce i na fajne nurkowanie pojechać. Mam też takie jezioro, gdzie razem z moim synem, bo on również nurkuje, przynajmniej raz w roku jedziemy, spędzić wspólnie czas. Kolejną rzecz, którą uwielbiam, ale trochę ją ostatnio odłożyłam na bok, jest taniec. Stwierdziłam, że to odkładam na boczną półeczkę, ale kiedyś wrócę. Mam jeszcze jedną rzecz i jest to jazz. Kiedyś powiedziałam, że jak już będę na emeryturze, nauczę się grać na saksofonie. Zaczęłam się już trochę uczyć, więc ten saksofon już mam, ale mimo wszystko jest jednak trochę z boku, bo na to trzeba poświecić dużo czasu, a ja jednak wybrałam Stowarzyszenie i dzieciaki. Trochę siedzi też we mnie ta smykałka inżyniera i nie chciałabym z tego jeszcze rezygnować, więc kończy się na tym, że ten saksofon jest w bardzo małych dawkach i zamiast grać chodzę na koncerty (śmiech).

Powoli te marzenia udaje się jednak spełniać.

Tak, ale ja zawsze powtarzam, że człowiek musi mieć równowagę sam ze sobą. Jeżeli czuje potrzebę, by coś zrobić i to mu daje satysfakcję i pozytywną energię to to wystarczy. Bo on musi się czuć dobrze sam ze sobą. Jeśli czuje się dobrze sam ze sobą, to jest w stanie pomagać wszystkim dookoła. Ja kiedyś zrobiłam takie szaleństwo. Bardzo chciałam zatańczyć tango w Argentynie i to na swoje urodziny, więc zrobiłam sobie taki wypad do Buenos w 40. urodziny i dokładnie 8. marca, w dniu moich urodzin, miałam lekcję tanga. Dało mi to pozytywną energię i to na długo. I to mnie utwierdziło w tym, że jeśli nie działamy w sprzeczności ze sobą to wszystko nam dużo lepiej idzie.

Marzenie o tym, aby zatańczyć tango w Argentynie się spełniło. A o czym jeszcze pani marzy?

No właśnie ten saksofon, bardzo chcę nauczyć się grać To jest moje ogromne marzenie i moja miłość. A drugim takim moim dużym marzeniem jest nurkowanie w jaskiniach w Meksyku.

W książce „Sukces jest Kobietą” sporo mówimy właśnie o sukcesach, a co pani uznaje za swój osobisty sukces?

Fakt, że mam fajnego syna. Bardzo się cieszę i lubię patrzeć, jak się rozwija i osiąga swoje małe sukcesy. Uważam za duży sukces również to, że Stowarzyszenie się tak dobrze rozwija, że ma tylu przyjaciół, darczyńców, dzięki którym  tylu dzieciom można pomóc. To uznaję za wielkie osiągnięcie, bo nie jest to łatwa praca, nie jest to też biznes, w którym powiemy „coś wyprodukujemy i będzie zysk lub nie”. Tu jest praca na emocjach, kiedy gdzieś udaje się te emocje poukładać to jest to rzeczywiście prawdziwy sukces.

Przez lata kariery zawodowej miała pani okazję pomagać wielu ludziom, pracować dla nich. Taka praca dla ludzi, kiedy pomaga się innym jest jednak specyficzna, nie każdy jest do niej stworzony. Jakie cechy trzeba posiadać lub, jakimi zasadami się kierować, żeby ta praca miała faktycznie sens i przynosiła owoce?

Po pierwsze nie można patrzeć w kategoriach, co z tego będę mieć i czy to mi przyniesie jakiś profit. To musi być bardzo naturalne. Człowiek musi czuć taką wewnętrzną potrzebę pomagania innym. Oczywiście my powinniśmy o to dbać, powinniśmy to pielęgnować, natomiast w żadnym wypadku nie wolno podchodzić do tego z pytaniem, jaką ja będę mieć z tego indywidualną korzyść. I następna rzecz, zawsze trzeba patrzeć krok do przodu, żeby nie zrobić pomaganiem krzywdy, czyli musimy mieć świadomość, że to pomaganie musi przynieść pozytywny efekt tej osobie, której pomagamy. Nie pomagajmy jednorazowo, jeśli to mogłoby tej osobie wyrządzić krzywdę. A jeśli już wchodzimy w taką relację pomagania to ważne, jakie są osoby obok nas, dlatego, że pomaganie przynosi dużo większe rezultaty i efekty, jeśli mamy obok siebie osoby, które lubią pomagać i się angażować. Ja mam w Stowarzyszeniu obok siebie wspaniałe osoby, dzięki czemu codziennie rano chce mi się iść do pracy.

Rozmawiała: Elżbieta Makoś

Exit mobile version